Tomasz Achrem, "Metropolia"
Dowiadujemy się, że z pieniędzy nie robi się równych chodników, a od równych chodników miasto nie rośnie w siłę, choć ludziom się chodzi wygodniej.
Spacerując po parkach Stuttgartu, z uznaniem myśli się o tamtejszych planistach. Umożliwili nieskończenie długie wędrówki po parkach połączonych sprytnymi przesmykami, mostkami, przemyślnymi chodnikami, bez konieczności pokonywania kilku tras szybkiego ruchu. Poznań tego nie potrafi, chodniki miewa krzywe, a krawężniki wysokie, mimo że na miejską infrastrukturę wydaje najwięcej w kraju.
Jakieś dwa lata temu zawitał do Poznania pluralizm. Objawił się światu cyklem artykułów i dyskusji „Poznań na zakręcie”, moderowanych przez lokalny oddział GAZETY WYBORCZEJ. Swoje apogeum przybrał w czasie zeszłorocznej kampanii wyborczej o urząd prezydenta Poznania. Od tego czasu poglądy alternatywne wobec prawd objawianych z placu Kolegiackiego zagościły na stałe w lokalnych mediach. Niezależnie, czy reprezentuje się ten czy inny punkt widzenia, każdy powinien przyznać, że jakość dyskusji o mieście od tego czasu wyraźnie wzrosła. Wcześniej tematy były tylko trzy: promocja, psie kupy oraz dziury w drogach i chodnikach. Mimo, że są to tematy z nurtu miastopolo, pozwolę sobie sięgnąć po ostatni z nich.
MISS DZIURA
Krytyczne spojrzenie ze strony środowiska Konsorcjum „Metropolia Poznań” na politykę rozwojową prowadzoną w Poznaniu, zawsze zawierało w sobie myśl: „równiejszych chodników nie ma sensu już robić. Skupmy się więc na wypracowaniu dla miasta nowego mechanizmu rozwoju”. Wyczuwane przez nas szczególne umiłowanie naszych władz do wyrównywania ulic znalazło ostatnio swoje potwierdzenie w wynikach statystycznych. Okazało się, że Poznań jest krajowym liderem inwestycyjnym. Jak donosi portal gazeta.pl, nasz samorząd w ciągu ostatnich trzech lat wydał najwięcej ze wszystkich miast wojewódzkich na rozwój infrastruktury technicznej, zapewniając sobie pierwsze miejsce w tegorocznym rankingu samorządowego pisma „Wspólnota”. Poznań prześcignął nawet Warszawę – „etatowego” zwycięzcę większości tego typu rankingów. Według „Wspólnoty” Poznań w ciągu ostatnich trzech lat (2004-2006 r.) wydał 787 zł (średnia w przeliczeniu na jednego mieszkańca) na rozwój infrastruktury technicznej, tzn. transport (remonty i budowę dróg), gospodarkę komunalną (sieci wodociągowe i kanalizacyjne, oczyszczalnie ścieków, wysypiska śmieci, oświetlenie ulic itp.) oraz gospodarkę mieszkaniową. Dla porównania – Warszawa goniąca Poznań przeznaczyła na tego typu inwestycje 750,50 zł, a Wrocław zaledwie 503,10 zł. "Poznań już od kilku lat systematycznie przesuwał się w górę rankingu, ale tak zdecydowana zmiana jest jednak pewną niespodzianką" – w omówieniu wyników rankingu pisze Paweł Swianiewicz, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, kierownik Zakładu Rozwoju i Polityki Lokalnej.
Zamiast jak Wrocław – „boso, ale w ostrogach”, my spokojnie i konsekwentnie ulepszamy jakość infrastruktury. Jak to się natomiast ma do rozpoznawalności miasta wśród inwestorów oraz do właściwie pojmowanej jakości życia – czyli funkcji miejskich realizowanych w szczególności przez centrum miasta? Jak uczynić, by ci nieliczni inwestorzy, którzy już się u nas jakimś cudem pojawili nie zechcieli się szybko ewakuować? Nie wiem.
CHOMIK U CHOPINA
Z perspektywy małego dziecka, inwalidy lub rowerzysty wysoki krawężnik, dziura w chodniku, niepotrzebny schodek jest jak mur. Mimo takiej potwornej kasy wydawanej w Poznaniu na infrastrukturę niewiele się w tej materii zmienia. Nurtowało mnie ostatnio pytanie, czy gdyby panowie prezydenci doświadczali pokonywania tych przeszkód na własnej skórze, skłonni byliby do zmiany priorytetów inwestycyjnych. Powiedzenie koszula bliższa ciału ma wiele sensu. Mnie najbardziej ostatnio irytują chodniki oraz parki. To znaczy irytują mnie dziury w chodnikach i zaniedbane parki. Nie tylko zresztą mnie. Sprawą zajął się też poznański Instytut Małego Dziecka – organizator akcji „Rusz wózkiem, rusz światem”, który zajął się stworzeniem warunków dla większego uczestnictwa dzieci i rodzin w życiu miasta. IMD apeluje: „Pokażmy miastu, że zależy nam, by Poznań był przyjazny dzieciom, a codzienne wyprawy - miłą przygodą!” Odpowiadam na apel: jest jeden zadbany park, wygodny do spacerowania. Ma na niego widok ze swego gabinetu prezydent miasta. To park Chopina. Gdyby ktoś nie zauważył, że park jest zadbany, postawiono przed nim billboard z informacją, że widzimy właśnie zadbany park. Cóż za troska o mniej spostrzegawczych! Cóż za troska o milusińskich! Ale do tego akurat parku ja mam za daleko. No i park jest mały, a ja potrzebuję parku do przynajmniej godzinnego spaceru. W parku Chopina czuł bym się jak chomik biegający na kółku-karuzeli. W pozostałych częściach miasta sytuacja jest haniebna. Spacer z dzieckiem jest jak bieg z przeszkodami lub Wielka Pardubicka. Dziura goni dziurę. Od „małej miss” do Miss Posnania.
MIASTO JEST NASZE
Punkt widzenia zależy więc od punktu siedzenia. Jeszcze rok temu w ogóle mnie ten problem nie zajmował. Raz tylko, spacerując po parkach miasta Stuttgart, pomyślałem z uznaniem o tamtejszych planistach, którzy zatroszczyli się o spacerowiczów i umożliwili im nieskończenie długie wędrówki po parkach połączonych jakimiś sprytnymi przesmykami, mostkami jakimiś przemyślnymi chodnikami, bez konieczności pokonywania kilku tras szybkiego ruchu czy też głośnej handlowej ulicy. Przed zostaniem spacerowiczem-wózkowym byłem przede wszystkim kierowcą. Wtedy irytowały mnie miejskie drogi. Do dziś nie pojmuję, czemu inwestycje drogowe w naszym mieście skupiają się na drogach tranzytowych: krajowej „piątce”, „jedenastce” i mitycznej III-ciej ramie (szerzej na jej temat w artykule Andreasa Billerta). Budujemy wygodny przejazd tirom przez nasze miasto, zamiast zapewnić mieszkańcom dojazd do pracy. Zanim zostałem kierowcą miałem kilka lat stażu jako rowerzysta. Dla młodego człowieka znakomite połączenie: wiedziałem, że to zdrowe i wiedziałem, że to niebezpieczne. Ścieżek rowerowych nie było, a na tych, które były – parkowały samochody i spacerowali piesi. Zmuszony więc byłem do slalomu między ludźmi, zwierzyną domową i pojazdami. Teraz podobno jest lepiej. Z roku na rok powstaje coraz więcej ścieżek. Jak podsumowuje jednak swój raport o komunikacji rowerowej Ryszard Rakower: „wizja Poznania jako miasta przyjaznego rowerzystom jest nadal bardzo odległa.” Nie lepiej też czują się pasażerowie MPK. Byłem klientem tej zasłużonej firmy zanim przesiadłem się na rower. Doskonale wiem, że marzeniem wszystkich pasażerów MPK jest „nie być zmuszonym do bycia pasażerem MPK”. Nie może więc dziwić fakt, że udział MPK we wszystkich podróżach poznaniaków od kilku lat spada. Jest to po prostu często przykre doświadczenie, podobne do korzystania z opieki społecznej. Jeśli reklama napoju gazowanego na tramwaju jest OK, to czemu urzędnicy miejscy nie nakleją ich na swoich samochodach – też przyniesie to pożytki miejskiej kasie.
SAMOCHODY ZJADŁY POZNAŃ
Czytając wypowiedzi odnośnie komunikacji publicznej w mieście, komunikacji pieszej oraz ułatwień dla niepełnosprawnych mam wrażenie, że moje prywatne odczucia są zbieżne z opiniami fachowców. MPK traktowana jest przez rajców i UM jak forma pomocy społecznej – utrzymywane są zaniżone ceny biletów oraz wprowadzane nowe ulgi. Nie myśli się w ogóle o tym, żeby przez jakość usług zachęcić ludzi, aby codzienną drogę dom-praca-dom pokonywali korzystając z wygodnych połączeń tramwajowych i autobusowych. Premier Marcinkiewicz jeździ do pracy metrem – może i prezydent Grobelny przesiadłby się do autobusu MPK? Nasze miasto nie chce nijak czerpać z doświadczeń europejskich metropolii. Tam, po latach inwestowania w infrastrukturę drogową, zrozumiano, że tylko alternatywne środki transportu, a przede wszystkim komunikacja miejska, pozwolą uniknąć paraliżu miasta. Zresztą dyskusja w tej materii jest trudna, bo łatwo wykazać jest niezbędność tej czy innej inwestycji drogowej. Po pierwsze, mamy do nadrobienia dekady zapóźnień. A po drugie, dzielimy bardzo krótkie sukno.
A może sukna nie staje, bo wydajemy nie na te inwestycje, co trzeba? Nie na te, które rzeczywiście zwiększą wpływy do miejskiej kasy. Czy priorytetem inwestycji nie powinna być oświata i kultura? Takie właśnie zuchwałe pytanie stawia prof. Swianiewiczowi gazeta.pl. Próżna nadzieja. „Wydatki skierowane na rozwój infrastruktury technicznej są najbardziej bezpośrednio powiązane z warunkami stwarzanymi dla rozwoju gospodarczego” - tłumaczy twórca rankingu „Wspólnoty”. Wypada mi się nie zgodzić. Jedną z dróg do ściągnięcia do Poznania inwestycji w wysokopłatne miejsca pracy jest właśnie kultura i oświata. Wysokopłatne miejsca pracy to lepszy zaczyn dla rozwoju gospodarczego i większych wpływów do kasy miejskiej niż latarnie na osiedlu czy nowy wiadukt. Inwestorzy i mieszkańcy przecierpią jeszcze kilka lat spacerów po nierównych chodnikach. Ja też jakoś przecierpię. Ale tylko wtedy, gdy ktoś przedstawi nam wizję rozwoju i obietnicę lepszego jutra. Poznaniacy muszą uwierzyć, że miasto jest nasze, a Poznań też stać na cud gospodarczy.